| Article Index |
|---|
| Reportaż z flisu 1877 |
| Page 2 |
| Page 3 |
| Page 4 |
| All Pages |
Dzień był prześliczny, na jaki się tylko polski maj mógł zdobyć.
W nadwiślańskich wiklinach tkliwy słowiczek nie żałował swego gardziołka, a szare skowronki nuciły na cześć Stwórcy swe ranne paciorki, rozweselając ubogą ludność nadwiślańską. O! bo ta ludność wtedy potrzebowała bardzo tego rozweselenia. Nie widziała drogi ani do Saksonii, ani do Ameryki, zarobku po wioskach nie było prawie żadnego w zimie,
a i w lecie, co to był za zarobek ? W Ujściu pojezuickiem, leżącej wiosczynie wprost Opatowca roiło się od rana niby w ulu, od różnorodnej ludowiny. Mężczyźni z tobołkmi na barczystych plecach żegnali się żonami i dziatwą, która się wieszała u szyjek tatusiów, i rzewnie płakała.
To flisacy, czyli oryle wychodzili na flis, czyli na „ryzę”1, Wisłą do Gdańska. Całą zimę siedziało to biedactwo w dusznej chacie, czekając wiosny jak dusznego zbawienia, toć nie dziw że z radością wyrusza gromadka oryli na modrą Wisłę, bo wie, że i grosza co niebądź zarobi, i świata bożego szmat zobaczy, a do tego któż z młodych chęci by nie miał?
Aby groszy jak najwięcej przynieść, kobieciska przysposobiły im tobołki z żywobyciem czyli: „leguminę”. A wiąc kaszy jaglanej, krupek pencaku, ziemniaków, chleba co nie bądź, bryłkę masła, sereczek i t. p. ot, jak którą stać. Wsiedli na tratwy, chwycili za drygawki, krzyżyk położyli na czoła zeznojone i popłynęli do Opatowca na drugą stronę do Polski.
– Maciek, wołała jedna z kobiet, a ino nie zabacz kupić Maryśce „buksztynów” (bursztynów).
– No, no, nie trap się o buksztyny, odparł wołany, a jeno tam pamiętajta o domu i o gadzinie, to i ja o buksztynach nie zabaczę.
– A gdzież to ci ludzie odjeżdżają i czego te kobiety z dziećmi płaczą, pytałem ciotki, u której byłem, by mi upartą „łuszczkę” w oku zamówiła, a która tę sztukę znała dokumentnie.
– A to widzisz, moje dziecko, nasi idą daleko na flis, to cóżby ludowina nie płakała, kiedy te biedaki jadą aż „pod trzeciego króla do Gdańska”. Dwunastoletni zmorek roztworzyłem gębinę na rozcież, bo to słowo „pod trzeciego króla” wydało się mi czemś tak nieokreślonem, nadzwyczajnem, i myślałem, że ci ludzie jadą co najmniej na koniec świata bożego.
Widok tych oryli utkwił mi głęboko w pamięci; a lusterko modrej naszej Wisełki stało mi odtąd w pamięci nieustannie.
Mieszkając w pobliżu Wisły, co wiosna wsłuchiwałem się w owe rozkoszne okrzyki retmanów, w owe „ho! ho! warahu od lądu” a widok flisaków krakowskich wracających z ryzy przez Gręboszów, rozbudzał moje chęci do orylki do ostateczności. Pamiętam, jak zwykle chadzali sznurkiem „gęsiego”, najstarszy na przedzie, chłop rosły, i buńczuczny, niech go kutasi biorą, pas na nim szeroki, żebyś parę butów z niego wykroił swobodnie, kapelusz wysoki, z strojną wstążką, fajka „percyanka”(porcelanka) w ustach, a wiosło bukowe, kute – na ramieniu, niby pałasz u oficera. Torba, czyli kobiałka przez ramię a buty na wiośle. Z takiemi kobiałkami szli krakusy pod Racławice, a któż wie czy to nie te same jeszcze.
A nie rzadko szedł z orylami i nie duży flisaczek pyzaty, w szerokich porteczkach, co mię wprawiało w zazdrość, dla czego to nie ja był na ryzie, skorom dużo tęższy od niego.
A pójdźże dopiero, gdym się dorwał od poczciwego mego nauczyciela Marcelego Stohandla – Robinzona. Jego przygody, jego budowanie tra-tew pożerało moją duszę i radbym się był ptaszkiem stać, by tylko ruszyć
z orylami na wodę. Z największą skwapliwością przysłuchiwałem się gwarze starych flisaków i dech w sobie taiłem, by nie uronić ani słówka, gdy mówili cudowne historje to o „Sodomirzu” to o „krydzianej górze”, to o ,,Pietrawinie” lub o onej „Mysawie” co to na niej zagryzły myszy króla „Popieluska’’ do „imentu”.
Wiersz Czajkowskiego o Wiśle umiałem na pamięć i nie moglem nijak zrozumieć, co to jest berlinka, o której on pisze, że ją Wisła niesie: ,,niesiesz gdy zechcesz, a gdy nie masz woli, to próżno berlinka żaglem swawoli”. A cóż dopiero, gdym czytał, co pisał Wincenty Pol, poeta nasz ukochany, o flisakach? Podobało mi się, jak to tam ludziska z lądu pytają się flisów: „A skąd to Bóg prowadzi?” – „Krakowianie od Krakowa pozdrawiają się w Bogu”. Albo znowu gdy dzwonią w dzwonek św. „Warwarki” (Barbary), prosząc Boga za dusze potopionych w Wiśle.
Czytelniku! ja nie wiem czy ty dzisiaj zrozumiesz, jak takie i tym podobne obrazy rozpierały moją duszą, ale myślę, że nie. Chcąc to zrozumieć, trzeba być chłopczyskiem głodnym, mieszkać nad Wisłą lub Sanem, i mieć koniecznie 18 lub 20 lat.
W całej tej poetycznej podróży, była tylko jedna czarna chmurka,
a mianowicie powrót do domu. Tam woda człeka lekusieńko zawiezie, ale z powrotem pieszo tyle dale, to nie żarty, i Pol także pisał, że powrót oryli jest nie wesoły, ale i to usuwałem z przed oczu – bo to ja sam tę drogę mam pieszo odbywać? Nareszcie starzy oryle orzekli jednogłośnie że już „drygawką” potrafię robić i „śryka”2) udźwignę, więc fraszka o paszport defluidacyjny, ale jak się tu dostać na flis?
Boć to wtedy ludzisków czasowych było podostatkiem, a wszyscy liczyli jedynie na ów flis, niby ks. Stojałowski na swego Szajera, to dostać się frycowi na ryzę było naówczas bardzo trudno.
Pamiętam, jak starzy oryle opowiadali, że dawniej była po temu wielka łatwość, bo drzewa było wszędy w bród, ale w czasach, gdy ja się do tego zawodu modlił, zależało to od starego Mośka z Ujścia, czy i kto ma iść „pod trzeciego króla”, czy będzie siedział w domu. Dziwna rzecz, że żydzi nie mając swej ojczyzny, swego rządu, sejmu, starostwa i rady powiatowej, wszędzie są pierwszymi i swym sprytem i przebiegłością wszędy mają prym i względy. I ażeby to się nie zmieniło nigdy u nas, dla tego zapewne w galicyjskiej sali sejmowej we Lwowie, umieszczono na jednym z obrazów, przedstawiajcych handel, jak chłopi, w zgrzebnych ubraniach i boso dźwigają wory ze zbożem, a żyd dostatnio ubrany, wypłaca im na suchą dłoń nędzną zapłatę.
Otóż za protekcją mego przyjaciela Jana Rozmusia dostałem się przecież do tego zarobku i w r. 1877, po raz pierwszy wychynąłem dalej nieco
z wioski rodzinnej. Czas mi był największy, bo do 20 lat nie byłem dalej jak w Odporyszowie na odpuście i na rekruta w Dąbrowie. Wsiadając na łódź w Ujściu, nie żegnałem się z nikim, ani też nikt za mną nie płakał, boć byłem sam jeden, jak palec na bożym świecie.
Wstąpiwszy po raz pierwszy na ziemię ukochaną, która nosi nazwę Królestwa polskiego, (a dziś kraj przywiślański) ujrzałem po raz pierwszy moskiewskich sołdatów, którzy mię na umór zrewidowali i paszport podpisali, a było to w Opatowcu.
Opatowiec sławne niegdyś miasto, od roku 1863 zaliczone do rzędu zwykłych osad, nie ma dzisiaj prawie nic godnego uwagi. Prócz kościoła starego z r 12823) z bardzo mile brzmiącą sygnaturką i obrazu św. Jakuba nie ma co więcej Opatowiec pokazać. Kilku mieszczan niezamożnych
i z niewielką oświatą, zresztą kilku żydów i załogi moskali, nie ujrzysz tu nic ciekawego. Na rynku stawek albo raczej zbiornik na deszczówkę, bo studni cały Opatowiec nie ma, a wodę do picia i gotowania bierze z Wisły.
Ucieszyło mię to, żem zobaczył swego patrona, i przyszedł mi na myśl Jego żywot. Biedactwo calutki żywot harował, aby tylko owiec Chrystusowi pozyskał, ale czy to z dopustu bożego, czy już tak nie miał szczęścia, ledwo pięciu hiszpanów nawrócił. Dopiero po śmierci więcej nawrócił umarły niż żywy. Dziw się tu zwykłym Kubom że nie mają „smysu” i szczęścia...
Opatowiec niegdyś należał do opatów tynieckich i zapewne od nich swą nazwę wywodzi. Prócz obecnego kościoła był tu i drugi, ale go rozebrano może przed 90 laty, a może i później. Wisła go sprzątnęła, a dziś
w wysokim brzegu żółtej gliny widać tu i ówdzie kości z cmentarza zburzonego kościoła. Gdzie tu Kazimierz Jagielończyk sejmy odprawiał, gdzie przyjmował poselstwa perskie i weneckie, któż to dziś odgadnie ?4) Stąd pochodzi św. Andrzej Żurawek, o czem sławetni mieszczanie opatowscy wiedzą, a i to warto przypomnieć, że tu w r. 1863 przeprawiał się z częścią oddziału Langiewicz z Pustowójtówną i w Ujściu pojezuickiem w Galicji został uwięziony. Pamiętna i zarazem groźna to była chwila, gdy polskie wojaki z wysokiego brzegu rzucali broń do Wisły, wezbranej naonczas, a sami na promie i łodziach przeprawiali się do Galicji. Między nimi byli: „dwóch panów” Zielonków
i zecer Mańkowski, zmarły niedawno we Lwowie. Langiewicz stał kwaterą we dworze opatowieckim. Rudolf Stohandel, organista gręboszowski, zabrał od niego broń co cenniejszą i przewiózł ją do Galicji, a Langiewicza austrjacy na razie nocowali w oficynie siedliszowskiej.
Stąd szliśmy pieszo do Nowego Korczyna. Mijając Czarkowy wieś, wspominałem, że tu trudnił się kopaniem siarki i torfu jenerał Kniaziewicz gdzie go w r. 1811 odwiedził Niemcewicz, a idąc mimo romantycznych Winiar, przyszły mi na myśl dwa momenta. Jeden, gdy w r. 1794, z początkiem maja Kościuszko zajął kwaterę w Winiarach, a było to po bitwie Racławickiej. Siedząc w ganku i patrząc na prześliczne Winiary, zdobne w zieleń majową, rzekł po chwilowej zadumie:
– Jeżeli Bóg poszczęści i Polsce niepodległość wywalczę, nie żądam innej nagrody, tylko żeby mi dano tę piękną włość. Po trudach miło by mi było tu odpocząć na stare lata”5) Niestety inaczej wypadło i dziś Winiary należą do jakiegoś jenerała rosyjskiego. Drugi moment w Winiarach, to
ś. p. moje poczciwe Ojcosko, który tu jako chłopiec chodził z listami od niejakiego p. Grabowskiego do panny mieszkającej w Winiarach. W przystępie dobrego humoru, kazała panna ś. p. Ojcu, taką śpiewkę śpiewać wobec p. Grabowskiego:
„Trzewiczki za czeski, pończoszki za sześć,
Tańcujże Grabowski, tańcujże waszeć”.
Ztąd też patrzał ś. p. mój ojciec w r. 1813 na zalaną przez Wisłę Galicję, na którą z tego wzgórza widok jest cudowny, a czy dumał, że w Galicji żyć i umierać będzie kiedyś, to wątpię.
Patrząc na nowy Korczyn dzisiaj, któżby powiedział, że on tak wielką rolę odegrał w historji naszego narodu ? Toż to tutaj odbywała Małopolska, a więc Galicja, swoje sejmiki6), a miasto ono zowią nasi pisarze starożytnem boć już ten wielki król Kazimierz wzmacniał tu istniejący obronny zamek, z którego dziś ledwoszczęty chłopi w ogrodzie pokazują na polu które się zamkiem7) zowie.
Tutaj to mieszkała długi czas św. Kunegunda, którą tutaj Bolesław wstydliwy często odwiedzał, upominając się daremnie o swe prawo małżeńskie, tu wzywał Kazimierz Jagiellończyk mieszczan krakowskich, którzy zabili Tenczyńskiego na sądy, tutaj założył Zygmunt August fabrykę broni,
a Batory fabrykę prochu. Tutaj król przyjmował poselstwo królów czeskich i hana tatarskiego.
Dziś, z całej świetności Nowego Korczyna pozostały dwie wspaniałe świątynie jedna pofranciszkańska, przebudowana w r. 1346 a druga fara, fundacji króla chłopków, Kazimierza Wielkiego.
W klasztorze przy tęczy, są licho namalowane podobizny św. Kingi i Bolesława jej męża, a przy nich data pierwotnej budowy r. 1248. Cele klasztorne zburzyli, i sprzedali na komorę celną sławetni mieszczanie Nowokorczyniccy,8 a reszta ubikacji świeci ruderą.
Fara z przepyszną kamienną facjatą lepiej zachowana. Na facjacie widać herb województwa krakowskiego i orła polskiego. Zakrystja posiada wspaniałe aparaty kościelne, które swem staraniem kazał obecnie zrestaurować pleban obecny ks. Stein, człek wielce zacny i patrjota.
W skarbcu przechowują skrzynię żelazną o kunsztownym zamku, bibljotekę złożoną z dzieł treści religijnej i kilka przywilejów na pergaminie, jeden z r. 1444, które wartoby jakiemu znawcy odczytać.
Na obydwa te kościoły jest zaledwie jeden ksiądz – zacny Żmudzin – ubogi jak zwykłe księża w Królestwie. Każdy grosz łoży na restaurację tych świątyń, i na orkiestrę wieśniaczą, bo już to muzykę i śpiew lubi pasjami...
Rynek olbrzymi, a w koło niego domy zamieszkałe przez ubogą ludność, przeważnie żydowską. Do niedawna widniał na jednym domu orzeł polski, ale go moskale kazali uprzątnąć. Wszedłszy do wnętrza tegoż domu wyczytałem na stragarzu rok 1779, słowa po łacinie: „A słowo ciałem się stało”. Pokazują tu jeszcze za miastem i studzienkę św. Kunegundy. Ludność tutejsza uboga i ciemna dosyć, i mieszczanie niczem się nie różnią od chłopów co do wiedzy, ot jak zwykle małomieszczanie.
Ponieważ tratwy na Nidzie miały jeszcze stać dwa dni, udałem się do pobliskiej Wiślicy, aby zobaczyć to stare polskie miasto, w którem król chłopków w r. 1347 uchwalił sławny statut wiślicki.
Okolice Wiślicy są nad wyraz miłe dla oka. Lud dorodny, zdrowy, ziemie urodzajne, łąki żyzne. Osady w koło Wiślicy zaliczają sią do starych, a założenie samej Wiślicy gubi się w zamierzchłej przeszłości. Zdala widnieje wspaniała świątynia, z wyniosłą wieżą, do niej też skierowałem najpierw swe kroki. Świątynia Wiślicka, to kolos wspaniały i śmiało może stanąć obok najpiękniejszych kościołów, nie tylko w kraju ale i zagranicą, i nie flisowi się kusić na jej opis. Ale jak wiem, umiem, i widziałem, spróbuję opisać. Kościół ten wybudowany jest
z kamienia ciosowego, w kostkę obrobionego a ściany są wysokie przeszło na 20 łokci. Budowę jego rozpoczął Władysław Łokietek, który do figury kamiennej, tutaj się znajdującej, miał wielkie nabożeństwo. O tej figurze jest legenda, że kiedy Łokietek przed Niemcami i Czechami musiał się ukrywać, zwykł był się przed tą figurą często modlić. Gdy wymawiał słowa pieśni: „pokaż się Matką być” usłyszał głos: „Władysławie, wstań, a zwyciężysz!” Słowa te dodały mu otuchy,
i gdy wrogów pobił, kościół ten budować począł, Kazimierz, syn jego dopiero budowy dokończył w r. 1350 a figura ta z klęczącym Łokietkiem, dotąd jest
w wielkiej czci w kościele Wiślickim. Figura ta kamienna, nie wyższa nad łokieć, przykryta jest srebrną blachą, a wisi też obok i obraz, na którym namalowano cuda tutaj zaszłe i króla Łokietka klęczącego, przed tą figurą
z ust której płyną słowa: „Ladislae surge et vince”.
Wolno wierzyć w tę legendę i nie wierzyć, ale miło patrzeć na piękną
figurę o ujmującem obliczu u stóp której król Łokietek klęczy, która tyle wieków przetrwała, a przed którą tyle pokoleń się przesunęło.
Na sklepieniu widać herbów nie mało, ale flis się na nich znał nie bardzo, toć nie podaje, jak się zowią. Dach na kościele ostry nadzwyczaj,
a wiązanie z modrzewia ma być bardzo sztuczne i mocne.
Skarbiec jest dość bogaty, bo Moskale przecież kościołów tak nie złupili, jak katolicka Austrja, a prócz monstrancji starożytnych i kielichów, pokazują drzwi żelazne, na których niby, miał djabeł nieść Twardowskiego do Rzymu.
Drzwi te pochodzą prawdopodobnie z zamku, o którym niżej będzie. Na chórze stoi organ ciekawej konstrukcji, na którym widać napis, że w r. 1549 był restaurowany. Mimo takiej starości przygrywają jeszcze na nim.
Przed wielkim ołtarzem na ścianie stoi postać Łokietka w zbroi; lichego dłuta a pod nim taki napis:
„Nie wielkim ci był” wprawdzie z natury w ciele,
Jednak małej urody wielkichem bił śmiele.
Nie wspominam jakom bił Czechy i Prusaki...
Samem Fortunę zwalczył, z którąm bitwe stoczył,
Czarny pot ze mnie płynął, gdym tych i tych tłoczył,
Trzykrociem z państwa spadał lecz za twoją sprawą
Bellono, znowum usiadł z znamienitą sławą.
Mąż ma mieć serce wielkie, choć sam będzie mały
Co zabił Goliata, mały był, lecz śmiały.
Ulisses łeb wielkiemu olbrzymowi zraził,
Przedsię on człeka – a jam złe szczęście poraził”.
Na froncie kościoła widać w framudze postać króla fundatora, zniszczałą od czasu, a której podobiznę widzi czytelnik na rycinie podanej.
Widać też na froncie kościoła wisielca w kamieniu wykutego. Ma to być sam budowniczy, którego król rozgniewany kazał powiesić, ale wyroku dosłownie nie spełniono, a tylko na kamieniu wykonano. Król się udobruchał, a kamień na pamiątkę dotąd widnieje w murze.
Okazałą jest też i starodawna dzwonnica, która budowana jest w połowie z ciosu a reszta z drobnych kolorowych cegiełek, a podziw wzbudza
i stara budowa, mieszkania dla księży, tuż obok kościoła, którego wnętrze aż się prosi restauracji. Sufity szczególnie zasługują na uwagę, a i w bibljo-tece znalazłoby się nie mało jeszcze szacownych rzeczy.
Na południowej ścianie kościoła widać rzeźbę ciekawą, na której widać, jak św. Stanisław przedstawia Boga Rodzicy króla fundatora, który trzyma kościół Wiślicki w ręku.
Pod spodem napis gockiemi literami, których Kuba flis czytać nie umiał, ale który tak brzmi po polsku:
W roku 1350 najmiłościwszy król Kazimierz II. ten kościół z ciosowego zbudował kamienia, czego pamiętny kler wiślicki wniósł ten pomnik
w r. 1464.
W Wiślicy zaszedł też ów wiekopomny fakt, że Gniewosz z Dalewic, szlachcic, nabajał przed Jagiełłą boskich niedowidów na świątobliwą Ja-dwigę i tu król czynił sądy o tę potwarz. Przekonany Gniewosz musiał – jak stare dobre prawo kazało, wleźć pod stół, i 3 razy powiedzieć: „To co mówiłem na królową Jadwigę szczekałem jak pies”.
Dużo mniejby było boskiej obrazy – gdyby dziś było takie prawo a i na gatunek psi Iźej by było, gdyby ludzie dzisiejsi musieli odszczekiwać jak psi pod ławą, co w złości na swych bliźnich nabreszą.
Poszedłem też zwiedzić miejsce gdzie stał ongi zamek, umocniony przez króla Kazimierza, ale tu prócz fundamentów, nic nie pozostało.
Za miastem stał ten gród, na wzgórku, z którego widok prześliczny na Jurków, Chroberz, Nowy i stary Korczyn – a i Gręboszów bym ujrzał, żeby nie Czarkowska góra. W dziedzińcu zamkowym, gdzie się gromadziły drużyny orężne, gdzie butni i wielmoże igrzyska wyprawiali, pracowity kmiotek uprawiał wąsaty jęczmień który wietrzyk przelotny rozkosznie kołysze. Czy właściciel jest świadom przeszłości tego kawalątka ziemi, czy mu takie myśli, jak mnie, przyjdą kiedy do głowy ?
Wróciłem pod wieczór na tratwy, które się kołysały przy ujściu Nidy. Było ich siedm, każda mierzyła 180 łokci długości, a 60 szer., a składały się z dębowych progów pod kolej. Jedynie tu i ówdzie były belki sosnowe zwane: „podszewka”, bez których tratwa nie mogła by się na powierzchni wody należycie utrzymać, jako że dębina tonie. Prócz tego na każdej tratwie był ładunek, bądź to z belek ciosanych, bądź z klepek dębowych.
Każda tratwa składała się z czterech pasów, zwanych z flisacka: „gleniami.”; glenie te były powiązane do siebie grubemi nićmi, z brzozy lub dębu, które flis zowie: „śrykówki”. Śrykówki zapinają się w oczka, a przetykają się kołkami, które nazywają: „żbilem”. Chcąc tratew zatrzymać, używa się do tego grubego i długiego dębu lub brzozy, który zwą: „śrykiem”. Śryki te” umieszczone są w otworze tratwy na to umyślnie zrobionym, który się zowie „skrzynią” i na komendę: „śrykuj” topi się w wodzie te drągi. Dodać należy, że tutaj można się i śmierci lub kalectwa napytać, i więcej tu zrobi zręcznością i sposobem jak siłą.
Na tratwach, było 8 ludzi, 4-ch na przedzie, czyli na głowie a 4-ch na tyle, czyli na „calu”. Komendant tratwy, czyli „przednik” stoi na głowie tratwy, po lewicy, flisak po tej samej stronie na calu, zwie się „hartulnikiem”. Stojący po prawej stronie, zwą się jałowi”. Gdy rotman krzyknie: „śryki jałowe na calu!”, to dwóch flisów po prawej swoje drągi topią w wodzie, które się rejdują w piasku, i tratew się zatrzymuje w biegu.
Przednik musi się znać na wodzie, i na cieselce. Pobiera pensję większą, reszta flisów nie różni sią niczem między sobą. Flisacy sypiają w prymitywnych budach, cienko słomą krytych, szyper lub kupiec ma budę z desek wspanialszą, zwaną: skarbówką, na szczycie której fruwa chorągiewka. Póty, wszystko mi się wiodło jako tako, a nawet było mi wesoło. Dziewczęta nowomiejskie, pędząc płowe krówki do Nidy śpiewały nam:
Płyną flisi, płyną, nie mają retmana,
Najświętsza Panienko, prowadźże ich sama”.
Ale my mieli retmana, starego wygę z Ulanowa, a nawet i jego zastępcę czyli podmajstrzego Jana Czajkę, też stamtąd.
„Flisacy rozpalili ogniska na tratwach i jęli się gotowania, ja o tem nie miałem pojęcia, toć gapiłem się, gryząc skórkę chleba. Spostrzegł to przednik, dumna sztuka, zmierzył mię groźnie od stóp do głowy i pyta: „coś ty jeszcze fryc”. A no jużci – odrzekłem zakłopotany. „A pocóżeś ty, rzeźnicki synu, wpakował się na głowę – nie prawie byłoby na ciebie – na jałowym rogu? A przejdźno się po „trafcie”
a spenetruj, czy śrykówki pozapinane a „walce i strzałki masz pod ręką?”
Ani mi się śniło, aby piądź kija zwało sią strzałka, a co śrykówka lub źbil – któż to mógł wiedzieć. Nazwy te przyszły do nas od Niemców, jak to później dowiedziałem się, czytając Klonowicza, który też Wisłą jechał do Gdańska, a potem swą podróż wierszem opisał.
Oto co Klonowicz o tych cudacznych nazwach w swym Flisie pisał:
„A te przezwiska od Niemców są wzięte,
A w polskich flisów porządek przyjęte.
Nie dziwuj się nam, że źle wymawiamy
Co z Niemiec mamy”.
Kupiec, czyli „frochciarz” z Nowego Korczyna przyszedł nas pożegnać na drogę, i częstował flisów obrzydliwą wódką, którą oryle zowią „odkładna”. Nareszcie, w imię Boże, wychynęliśmy na modrą Wisełkę, niby kaczki dzikie w szuwarze, a przed nami niby jenerał majster” czyli retman
w malutkiej łódeczce z jednego drewna wyciosanej.
Mój Boże dobry, ile ta rzeka spławiła majątku z Polski do morza, ile lasów, ile soli, popiołu, gipsu itp. bogactw nią nie przepłynęło, póki kolei nie pobudowano, które zadały cios orylce!
Retman ma w łódce spory pęk prętów chrustowych z liśćmi, którymi znaczy drogę dla tratew. Gdzie woda dobra, to tam wbija, czyli ryje kół
w piasek, który się zwie: „zielony”, gdzie woda płytka czyli hak, tam kół ten złamie na wierzchu, a wtedy zwie się po prostu „załamany”.
Wisła, począwszy od Opatowca, kręci się i wije niby wąż, toć trzeba się było dobrze krzątać, aby: „nie uryć na ląda” czyli „nie wjechać na świnię”. Aby tego uniknąć muszą niebożęta oryle pracować dobrze „drygawkami
a często przerzucać się forsownie od brzegu do brzegu, co się zowie „obalaniem” tratwy. Czynność ta daje się we znaki najbardziej tym, co są na calu tratwy, nic też dziwnego, że każdy się stara dostać na głowę, a cala unika. Ale to wszystko furda dla oryla, jedzie sobie tratwą po tafli wiślanej trzymając w ręku drygawkę, niby kanonier lont zapalony przy armacie,
a choćby ta i uwadził o hak, to nic mu nie szkodzi. Owszem rad z tego, bo mu więcej czasu podróż zabierze i więcej grosza zarobi. A po to przyszedł tutaj. Tu szukali tego zarobku od wieków krocie polskich chłopów na swych własnych statkach, pokąd ich nie wzięto w większe poddaństwo, omal rzecby można w niewolę, a potem pański towar spławiając. Za czasów Władysława IV, podają liczbę oryli na Wiśle z samego Mazowsza
i z Sandomierskiego na przeszło 4000 luda.








